Nasza przygoda z psami rodowodowymi,
a tym bardziej z rasą collie zaczęła się zupełnie nietypowo,
można nawet powiedzieć, że dość śmiesznie. Kiedy podjęliśmy decyzję
o kupnie szczeniaka, miał to być piesek
"do kochania", bez rodowodu o rasie
nawet nie wspominając. To przypadek sprawił, że padło na długowłosego owczarka
collie, gdyż mieliśmy okazję zobaczyć małe śniade collaczki, które urodziły
się w domu u znajomej.
Pamiętam jak trudno mi było roztać się z tymi puchatymi
kulkami, lecz przed wzięciem jednej z nich do domu
powstrzymał mnie fakt, iż za
długo czekałam i marzyłam o piesku, by tak pochopnie podjąć decyzję, nie znając
w
ogóle tej rasy.
Chciałam pieska dość spokojnego, inteligentnego i zrównoważonego, ale też takiego,
który
w miarę potrzeby potrafi odpowiednio zareagować. Nie wiedziałam wówczas jeszcze,
że wszystkie te cechy
posiadają właśnie owczarki szkockie collie. Zaczęłam zbierać informacje
na ich temat, głównie przez internet,
gdzie po raz pierwszy zobaczyłam collie o umaszczeniu
tricolor i blue merle.
I wówczas zadecydowaliśmy,
że będzie to tricolorowy piesek collie, nadal bez rodowodu,
najlepiej ten "siódmy"z miotu, taką właśnie informację
wysłałam internetem.
Posypała się "lawina" odpowiedzi, z których to dowiedziałam się, że wszystkie rasowe
szczeniaki
mają rodowód i w których zaszczepiono mi już "bakcyla" wystaw. Był październik
2002 roku, gdy zadzwoniłam
do większości hodowli w Polsce,niestety piesków tricolorowych
nigdzie nie było. W grudniu wybraliśmy się na wystawę, gdzie zostałam zupełnie nimi oczarowana
i nie było już odwołania. Dopiero w styczniu 2003 roku
otrzymałam informację, że jest
w miocie piesek tricolorowy po francuskim Championie Malivaiu de Florange,
na którego odbiór
przyszło nam jeszcze czekać, aż do kwietnia.
Dzień w którym
Engelek zawitał w naszym domu, był jednym z najszczęśliwszych dni w moim
życiu,
tymbardziej, że pojechaliśmy po niego całą rodzinką, która odrazu się w nim zakochała. Przez
ten
czas poznaliśmy naprawdę wspaniałych ludzi, z którymi to staramy się utrzymywać stały
kontakt również
poza wystawami. Polubiliśmy atmosferę wystaw, a rywalizację na ringu
traktujemy jako dobrą zabawę,
pomimo to, iż często i dość znacznie podnosi poziom andrealiny.
Tak bardzo nam się to spodobało, iż po
cichu zaczęłam marzyć o suni blue merle i chociaż
nie bardzo wierzyłam, że marzenia te, mogą zostać w najbliższym czasie zrealizowane, zaczęłam
się "rozglądać" po hodowlach. Szukałam i nawiązałam kontakt
z tak znanymi hodowlami jak
Lingo`s collie, Preeminent Line Collies czy też African Gold z Czech i moje
marzenia zostały
niestety tylko w sferze marzeń, jak się później okazało tylko na krótko.
W wychowaniu,
ułożeniu i wystawianiu Engela korzystaliśmy z porad doświadczonych wystawców
i tu ukłon w kierunku
Kamilli Ukraińskiej z Mrzeżyna właścicielki dwóch reproduktorów i
hodowlii A`lawiu Collies,
Ewy Sokół z Leszna właścicielki śniadego pieska i śniadej suni
(lekarz weterynarii) i hodowlii Kennel,
Pani Beaty Ziemnickiej - hodowla Lohrien i Pani
Jadwigii Niciewicz - hodowla Psia Oaza,
ale przede wszystkim dla Doroty Zaborowskiej z
Koszalina - hodowla Wesoły Psiak, dzięki której
od kwietnia tego roku jestem właścicielką
suni blue merle z austryjackiej hodowlii Ichlerbahn.
